Mogę mniej

Mogę mniej2

Kilka dni temu przeglądałam Internet. Na którejś ze stron wyskoczyła reklama, zauważyłam tylko slogan: „Możesz więcej”. I wiecie, co? Wkurzyłam się. Poczułam, jak bardzo tego „więcej” mam powyżej dziurek w nosie.

„Możesz więcej”, „Kupuj więcej”, „Bądź, kim chcesz być”, „Trzy języki w dwa tygodnie”, „Sukces w zasięgu ręki” – itp. Codziennie jestem przekonywana, że w zasadzie o poranku powinnam pobiec w maratonie, po biegu udać się do pracy we własnym imperium finansowym, po południu ugotować obiad na miarę Julii Child, a wieczorem fikać w łóżku szpagaty i salta w bieliźnie od Chantal Thomass. Jeśli tego wszystkiego nie robię, to najwyraźniej nie chce mi się. Moja wina.

Nazywam to propagandą osobistego sukcesu, którą uważam za coraz bardziej szkodliwą dla przeciętnego człowieka. W końcu żyję nie od dziś i doskonale wiem, że sukces jest nierozerwalnie związany z przegraną. Raz na wozie, raz pod.. – mówi mądre przysłowie. A tymczasem? Zauważcie, co stało się z porażką. O porażce nie mówi się, do porażki nikt się nie przyznaje i każdy się jej śmiertelnie boi. To nasze najnowsze tabu. Tabu, które bujnie wyrosło na gruncie FB.

Nie wiem, jak Wam, ale mnie mnóstwo rzeczy w życiu nie wyszło. Naprawdę chciałam pracować jako archeolog, nigdy nie udało mi się zdobyć pracy na etat i wszystkie moje pensje były żenująco niskie. Nigdy nikogo nie zostawiłam, co nie znaczy, że jestem w tym samym związku od zamierzchłych czasów.  Ale jednocześnie dałam radę na pograniczu Europy i Bliskiego Wschodu. Nie zapomnę przerw na obiad – kawałek chleba, ser halloumi i brzoskwinia spożywane na plaży, zanim nie poszłam pływać w Morzu Śródziemnym. Wracałam do biura z drobinami piasku na karku, bikini schło pod bluzką. Wyobrażacie sobie?

Moje życie, jak każde inne, to bilans sukcesów i porażek. Presja społeczna, by przyznawać się tylko do sukcesów, jest zwykłym zakłamaniem, które na dłuższą metę odbierze wartość każdemu dokonaniu, bo zawsze przecież można więcej, lepiej i bardziej. Dlatego ja odmawiam, dłużej tego nie kupuję. W nosie mam, czy w społecznym odbiorze będę odpowiednio fit, git, cool i co tam się jeszcze wymyśli. Wolę zamienić „więcej” na „niezbędne”, formę na treść, a strach przed porażką na odwagę, by się z nią zmierzyć.

Reklamy
20 comments
  1. bfcb said:

    Dłużej tego nie kupujesz? Ale tak po prawdzie, to kiedykolwiek dałaś się nabrać na te hurraoptymistyczne banialuki? Zdaje się, że ja to od przedszkola byłem na nie uodporniony. Kiedy w starszakach pani wypytywała dzieci o ich plany zawodowe, to w grupie naliczyłem kilku uśmiechniętych generałów, dwóch Hermaszewskich, kierownika poczty, spory zestaw księżniczek, kilka Ann Jatar. Do dziś pamiętam, i nadal nie rozumiem, konsternacji przedszkolanki, gdy oświadczyłem, że „pewnie będę stróżem nocnym-alkoholikiem”. I co, prawie miałem rację!

    • Anita said:

      🙂
      Dałam się nabrać, serio. W przedszkolu chciałam być pisarką, później archeologiem. To drugie mi przeszło:) Miałam o tyle fajnych rodziców, że nie oczekiwali ode mnie, bym została imperatorem. Mimo tego i tak ciężko przeżywałam porażki, bo myślałam, że wszystko powinno się spełnić. A tu klops. Ale to, co dzieje się teraz, jest tak głupie, że aż śmieszne, np. kumpel wyrzucił mnie ze znajomych na fb, bo nie pasowałam mu do wielce uprzywilejowanego towarzystwa. Radio całymi dniami nadaje, że powinnam rzucić się na ich kasę, 40-latki muszą chudnąć, jak urlop to tylko na Kanarach itd. A ja pękam ze szczęścia, gdy w końcu dojrzeją truskawki i naprawdę lubię swoje życie.

      • bfcb said:

        Grunt, że zasłona z oczu spadła. Teraz już będzie tylko lepiej 😉 Ze swojej strony dodam, że całkowicie, absolutnie i nieodwołalnie nie toleruję reklam. Może bym przestał gdybym choć raz trafił na produkt, który spełniałby przynajmniej połowę tego co obiecano w reklamach. Dostaję też wysypki na całym ciele na dźwięk afirmacyjnych mantr na wszelkiego typu szkoleniach organizowanych przez rozmaite komórki, rozmaitych firm. Oni swoje, a mój rozum swoje. Słowo przeciw słowu, doświadczenie przeciw doświadczeniu. Póki co, opierając się na własnych przekonaniach wychodzę całkiem nieźle. Ale może nie tak dobrze, jak wyszedłbym realizując postulaty haerowców…

      • Anita said:

        Nigdy nie brałam udziału w żadnych firmowych szkoleniach, więc trudno powiedzieć – takie miałam szczęście. Reklamy? Tak, robią na mnie ogromne wrażenie. Przykład – jedziemy samochodem osiedlową ulicą w dużym mieście. Widzę mniej więcej dwupiętrowy budynek w głębi posesji, Goła Baba (z całym szacunkiem) od okienek piwnicznych po pokrycie dachu okraszona napisem „Części Samochodowe”. Oczywiście, nie mogłam przemilczeć. Przytomna odpowiedź brzmiała: „Ale zapamiętałaś?” „…(pip),…(pip), tak!”. „Po pierwsze – to nie ty masz zapamiętać, po drugie – a jednak!”
        Doceniam jedną kampanię reklamową – firmy Adrian z Łodzi.
        I kto to jest haerowiec? Och, oczywiście, mogłabym sprawdzić u wujka G. i udawać, że jestem mądrzejsza 🙂

      • bfcb said:

        Ładna opowiastka o tych częściach samochodowych 😉 Haerowiec – gość od zasobów ludzkich. Z moich doświadczeń, pewno nienajlepszych, zatrudnia się takich w firmie aby sprawiali, że ludzie nie będą wspominać o konieczności podwyżek, o premiach, funduszu świadczeń socjalnych i temu podobnych. Ma się liczyć zaangażowanie w firmę, identyfikacja z „misją” (za przeproszeniem) i koniecznie empałerment na najwyższym poziomie. Słowa zamiast działań.

  2. W końcu człowiek uczy się na porażkach, czyli gdyby ich nie było, to byśmy się zatrzymali w swoim rozwoju. Masz rację, każdy zalicza sukcesy i porażki, tylko teraz jest jakiś taki trend, żeby sobie robić dobry marketing.

  3. Anita said:

    Kilku ludzi znam nie od dziś, są w porządku sami w sobie, ale jakby im było mało. Stają na rzęsach, by udowodnić w necie, że są bajeczni jak sen złoty. „Spójrzcie na moje zdjęcia”, „Ależ mam słodką córkę”, „Jaka cudowna aranżacja stołu” itp. Jeden wielki budyń z pianką, który ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Dzięki sieci ludzie moga ze sobą rozmawiać na wyjątkową w historii świata skalę. A ja mam wrażenie, że to tylko Amazonka monologów o wspólnym mianowniku „spójrzcie na mnie”

    • bfcb said:

      Mam podobne do Twojego wrażenie – autopromocja namolna. Czasem słucham wystąpienia jakiegoś młodego człowieka prezentującego swoje osiągnięcia artystyczne/zawodowe/hobbystyczne w dziedzinie, na której się znam, i przecieram oczy ze zdumienia. Prezentacja mówi, że mam przed sobą geniusza, niedościgniony wzór, prekursora i tytana. Potem patrzę na to co zrobił i nie wiem czy to bardziej śmieszne, czy godne opłakiwania. Kiedyś mówiono o czymś takim – góra urodziła mysz, z dużej chmury mały deszcz, krowa, która… A teraz to jest podstawowe narzędzie osiągania sukcesu. Mówienie o tym jakim się jest wielkim. A co najśmieszniejsze, mam wrażenie, że ludność gremialnie daje się na to nabierać. I słyszę dookoła achy i ochy nad tymi „osiągnięciami”. Pora umierać.

      • Anita said:

        „Mówienie o tym jakim się jest wielkim.” Tak, i jestem tym naprawdę zmęczona. Np. koleżanka prezentuje zdjęcie słoika pomalowanego na niebiesko i oczekuje, że skonam z zachwytu nad wybitnym dziełem sztuki. Wcale nie konam, ale też nie wiem, co jej powiedzieć. Wolałabym, by miała świadomość, że to wstyd pokazać coś takiego. Wolałabym też, by ktoś powiedział prawdę, kiedy zdarzy mi się zaprezentować taki słoik. 🙂

      • bfcb said:

        W przypadku znajomych, których nie chcielibyśmy urazić, a z drugiej strony wyrazanie zachwytu byłoby gwałtem na własnej inteligencji/poczuciu piękna etc – pozostają dyplomatyczne zwroty-wytrychy – interesujący pomysł, zaskakująca forma, niebanalne ujęcie. Bywa, że miewam ten dylemat – wówczas czasem mówię – wiesz, nie w moim guście, ale wiadomo jaki ja mam gust, po prawdzie albo go nie mam albo jest mocno nietypowy. No i to jest taka, jak powiadał ksiądz Tischner – tyz prawda. Dobrzy znajomi mogą liczyć na przylutowanie moją opinią wprost, podobnie jak zupełnie nieznajomi. Pierwsi się nie obrażą, lub obraż na amen i automatycznie znikają z listy znajomych, bo po co mi tacy bliscy znajomi, z którymi nie można gadać otwarcie. A na nieznajomych, którzy się obrażają za wypowiadanie swojego zdania na temat ich dzieł, zuoełnie mi nie zależy. Najtrudniej jest z takimi co to niby znajomi, ale… nie całkiem 😉

      • Anita said:

        No tak – mnie chodzi raczej o trend. Jest teraz moda na radosną twórczość własną. I super – fajnie, że ludzie coś robią zamiast tkwić przed tv godzinami. Znasz zapewne pojęcie DIY. O ile jeszcze sama idea jest jak najbardziej cenna, o tyle skutkiem takiej działalności jest zalew internetu dziełami sztuki. Niektóre są naprawdę w porządku, ale część jest niczym więcej niż tylko pracą plastyczną ucznia II klasy podstawówki. Natomiast pod praca plastyczną jest rzeka komentarzy: WOW!, to znakomite, jejku, ale masz talent, jakie cudowne kwiatki itp. Patrze i myślę: rety, co ze mna nie tak. A co dopiero muszą myśleć profesjonaliści.

      • bfcb said:

        No wiadomo – internet to ściek. Gorzej, kiedy zderzasz się z takimi wytworami w bezpośredniej bliskości. Noo a najgorzej kiedy jeszcze trzeba zająć stanowisko. Wszelako dajemy radę! Choć wciąż i wciąż, tym achom i ochom powszechnym nadziwić się nie mogę.

      • Anita said:

        Otóż to:)

  4. Zenja said:

    A ja lubię sobie mówić, że mogę więcej 🙂 Pracuję nad moimi ograniczeniami, aby więcej robić, ale nie wszystko. I właśnie to jest dla mnie kluczowe słowo: wszystko. Nie mogę „wszystko”, ale więcej tak 🙂

    • Anita said:

      No jasne. To nie chodzi o to, by siąść na laurach, tylko nie dać się wkręcić w bzdury typu trzeba schudnąć w trzy tygodnie, bo wyjście na plażę tuz tuż 🙂

  5. Dzien dobry Pani Anito. Przeczytalam i tak sobie mysle, ze czlowiek musi jesc, spac, pic i korzystac z wc. Reszte moze, ale nie musi. Biedni ci, ktorzy nieustannie podnosza sobie poprzeczke lub/i nieustannie skupaja sie na autokreacji. Samorozwoj bez konca musi byc niewyobrazalna meka, tak samo jak nieustanne sledzenie ilosci podniesionych kciukow na fb. Ot, takie personalne perpetum mobile.

    • Anita said:

      Jeśli człowiek tylko je, śpi, pije i korzysta z wc to bardzo szybko kończy na łóżku pod kocem bez chęci do czegokolwiek z wyjątkiem szybkiej śmierci. Nie da się żyć bez celu, a jeśli się dąży do jego realizacji, to chcąc nie chcąc, jednocześnie samemu rozwija. Takie właśnie personalne perpetum mobile do końca. Grunt, by nie dać się wkręcić w bzdury, i będzie dobrze.

  6. Mam wrazenie, ze sie nie rozumiemy. Ja napisalam, co czlowiek musi. Ot taki wymog biologii. Cala reszta to wlasna inicjatywa& checi.

    • Anita said:

      No tak, ja też napisałam o wymogach biologicznych. W przypadku człowieka świadomość to biologia.

  7. Niewatpliwie. Mozna miec swiadomosc ‚nieuzywana’ i funkcjonowac – lepiej lub gorzej, ale mozna. Bez spania, jedzenia i korzystania z wc nie. Fatalnie, ale takie jest nasze podstawowe ‚musi’. Cala reszta to chce i moge, ale na pewno nie musze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: